Archive for Czerwiec, 2010
Dzogczen, czyli gdzie jestem i dokąd zmierzam
Czytająć książkę Namkhai Norbu „Kryształ i ścieżka światła” zacząłem sobie uświadamiać na ile moja dotychczasowa praktyka pasuje do dzogczenu i gdzie ja w tym jestem.
Moja dotychczasowa praktyka przypomina buddyjską praktykę podstawy (szi). Jest to pierwszy krok w praktyce dzogczenu – odnalezienie i pogłębianie tego uważnego stanu „bez myśli”.
Należy tutaj podkreślić, że ten stan najłatwiej jest osiągnąć poprzez uważną obserwację swojego umysłu. Obserwujesz jak myśl pojawia się, „wybucha” w twojej głowie opanowując cały umysł po horyzont, a potem stopniowo wypala się i znika pozostawiając po sobie pustkę.
W moim przypadku to nie były pojedyncze myśli, ale cały ich splot. Myślotok był tak silny, że nie byłem w stanie go obserwować. Skoncentrowałem więc wszystkie swoje siły na nie-podążaniu za myślami i to było chyba najtrudniejsze. Była to dla mnie swoista walka z myślami, na śmierć i życie. Mój umysł chwytał się najchytrzejszych podstępów by zwodzić mnie z tego postanowienia, ale w końcu zaczął powoli ustępować.
Umysł człowieka sam zabiega o to, byś poświęcał uwagę myślom, które on dla ciebie wytwarza. Dlaczego? Bo bez twojej uwagi te myśli nie mogą istnieć. Tego się wtedy nauczyłem, zapomniałem jednak o nieustającej obserwacji. Jak się okazuje jest ona kluczowa w praktyce dzogczen i medytacji w ogóle i nie można podążać tą ścieżką nie praktykując bezustannej obserwacji umysłu. Więcej o tym znalazłem w ciekawym artykule tutaj.
Z tą świadomością i wiedzą mogę chyba powrócić do praktyki. Zrobiłem swego czasu duży krok naprzód, teraz należy przywrócić to do kondycji i szlifować w sposób już właściwy i pod przewodnictwem nauczyciela.
Zawsze gdzieś głęboko marzyłem o mistrzowskiej ścieżce duchowej, dzięki której stanę się kimś „poza” i będę mógł pomagać tym żyjącym „tutaj”. Kto o tym nie marzył zanim nie stwierdził, że czas dostosować się do świata i żyć jak inni?
Za rok przyjeżdża Tenga Rinpocze by udzielać schronienia. Postaram się przygotować na ten przyjazd, zobaczymy jakiej udzieli mi praktyki.
Wizyta w Grabniku
No i stało się, dałem się namówić (lepiej późno, niż wcale) na wyjazd do Grabnika, na ostatni dzień wykładów udzielanych przez samego Tenge Rinpoczego. Muszę przyznać, że nie żałuję, a raczej żałuję, że wcześniej się nie zdecydowałem, może zdążyłbym przyjąć schronienie…
Najbardziej utkwiła mi w pamięci spokojna, niemal medytacyjna atmosfera panująca tamtego dnia w Ośrodku Kultury Tybetańskiej. Ale nie była to atmosfera senna, ale pogodna, prawie radosna..
Dzieci szybko się zaaklimatyzowały i rozpoczęły radosne buszowanie po namiotach i pokojach innych uczestników wykładów.
Na samym początku Tenga Rinpocze poprowadził ceremonię poświęcenia flag modlitewnych usytuowanych na środku placu przed budynkiem ośrodka. Potem wszyscy zebraliśmy się w ogromnym namiocie rozbitym nieco dalej… zwyczaj wymaga od każdego uczestnika by ten wchodząc do namiotu wykonał trzykrotnie głęboki ukłon w stronę Rinpoczego z dotknięciem podłogi czołem. Jakoś nie udało mi się zdobyć na ten wyczyn. Usiadłem po cichu i czekałem co będzie dalej.
Wkrótce zaczęły się modlitwy inicjujące a dla mnie jakby czas się zatrzymał. Słuchałem i nagrywałem na telefon nauki Tengi i czułem jak bardzo współgrają one ze mną, jak bardzo podobne są do tego co przeżyłem i odnalazłem w swojej praktyce do tej pory. A jednak ciągle miałem jakiś jeszcze dystans.
Potem była 3-godzinna przerwa obiadowa. Pospacerowaliśmy sobie po okolicznych łąkach, pogadaliśmy z innymi uczestnikami, w końcu zjedliśmy posiłek. Potem zaczęła się druga część, składająca się głównie z podziękowań, jakie Tenga Rinpocze składał wszystkim zaangażowanym w rozwój ośrodka.
Na koniec, zanim poszliśmy do samochodu poszedłem jeszcze raz do namiotu posłuchać ostatniej praktyki… Jakoś nie dawało mi spokoju to, że oni tam grają a mnie tam nie ma.
Już z daleka było słychać było donośny głos tybetańskich trąb dun-chen, talerzy rol-ma i bębnów damaru. Stanąłem przy wejściu i zasłuchałem się na chwilę. Stałem na wprost Tengi Rinpoczego, który siedział na drugim końcu namiotu. W pewnym momencie uderzyła mnie energia głębokiego respektu, szacunku i cześci wobec tej praktyki, wąski, ale wyraźny strumień skierowany wprost do mnie… Czyżby Tenga Rinpocze…? Cały czas siedział nieruchomo, chyba z zamkniętymi oczyma. Podobno ludzie czują przy nim niesamowite rzeczy.
Pomyślałem, że czas już iść. Tym razem nie miałem już problemu z ukłonem. Pożegnalnym.
Patrząc na stronę domową ośrodka w Grabniku i na posąg Buddy tam przedstawiony zaczynam odczuwać coś w rodzaju słabej i niewyraźnej… takie jakieś podświadome przyciąganie, coś niejasnego, jakby sentyment? Czuję, że wcześniej czy później z0stanę buddystą, ale… muszę do tego dojrzeć wewnętrznie. Musi coś się jeszcze wydarzyć. Muszę rozpoznać i odnaleźć swoje powiązanie z buddyzmem, o ile takie istnieje.
Z moich przemyśleń i rozmów z Conchi wynika, że moja dotychczasowa ścieżka ma wiele wspólnego z praktyką buddyjską, choć wszystkie ćwiczenia, jakich się podejmowałem, wybierałem intuicyjnie. Książka Johanessa Lotz Si zawiera w sobie dość dokładny opis chrześcijańskiego podejścia do medytacji, którą praktykowałem przez pewien okres dość intensywnie (omijając skrzętnie chrześcijańskie terminologie). Stanowiła ona w tamtym czasie jedyne i główne źródło moje wiedzy praktycznej, które również wybrałem intuicyjnie.
Co w tym dziwnego? Ano to, że rezultaty mojej praktyki są łudząco podobne do tego, do czego dąży początkujący buddysta. Mam na myśli dążenie do urzeczywistnienia pustki i przejrzystego stanu umysłu. Nic nie opisuje tak trafnie tego stanu jak opis, który usłyszałem na wczorajszym wykładzie w Grabniku (przytoczę je tutaj później, po przesłuchaniu nagrań).
PS. Zapisuję to wszystko ku pamięci, oraz dla Was, jeśli zdecydujecie się kiedyś wkroczyć na ścieżkę Buddy (kto wie czy już nią nie kroczycie?).
PS2. Czekam niecierpliwie na kolejne warsztaty. Rinpocze przyjedzie dopiero za rok, jest więc czas, by wszystko przemyśleć i się przygotować.

