Conchita
Moja poezja
-1993-
Moja dusza lubi latać,
Unosić się na promieniach słońca,
Rzucać się w przepaście bezdenne,
By zaraz wzlecieć ponad życie.
Moja dusza lubi dryfować
W pochodzie jasnych wspomnień,
Przewracać się, turlać,
Jak malutkie dziecko,
Chwytać w dłonie słowiki
I cieszyć się istnieniem.
Lecieć bez skrzydeł
nie widząc końca
ponad światem
ponad życiem
Z rozkoszą nurzać się
w zachodach słońca
budząc się do rozkoszy o świcie
Wspomnienie
Moje włosy są koloru lata
zaplątał się w nie smak jabłek
i zapach wody słonej jak morze
Moje włosy uwięziły promień słońca
otarły się o korędrzewa
pogłaskały lekko biedronkę
Moje włosy pamiętają wszystko
noszą stale na pamiątkę
gołębie pióro i źdźbło trawy
-1994-
Wizja
(mój debiut)
W moim mózgu nie ma nic
jestem pusta jak puszka
tylko echo się we mnie tłucze
i nic
pustka
jestem muzyką
moje ręce, nogi
wydają dźwięki
po kręgosłupie płynie melodia
żołądek wybija rytm
szereg Murzynów wybija
bosymi piętami rytm w piasku
jakby połknęli tańczący młotek
a ja z nimi
w kółko w tańcu szamana
Ludzie zgromadzili się wokoło
żywi i martwi
powoli zapada zmrok
jest nas coraz więcej
jak jeden organizm
w ekstatycznym ruchu
nie ma już nic
wybijam bosą piętą
dziury w czarnej próżni
w rytm czerwonego deszczu
jestem tu sama
ja i pusta czerń
w szczelnej puszce
w grzechotce dziecka
ono potrząsa mną i tworzymy
MUZYKĘ
***
-1995-
Dźwięk
Piękno
na falach nut
jak wschodzące słońce
dalekiej północy
głos pierwotnej harmonii
na granicy łez
jak szczęście
unosi się
w delikatnym pędzie
westchnienia
wśród dmuchawców
ciszy
***
Babie lato
Gdy lato swe liście porzuca
i pachną późne owoce
wzrok błądzi półślepy
w kilimach ulic i drzew
kwiaty zaś nieco znudzone
tropią na niebie bociany
pojawia się dama w woalce
na dzikim koniu szaleństwa
bielszym niż nici pajęcze
Pędzi ta para przedziwna
niesiona rozkoszy porywem
wiruje wraz z liśćmi
miga w słońca blasku
zostawia w trawie i drzew konarach
cienką przędzę jasną
jak włosy kobiety
lub jak końska grzywa
***
-1996-
Ciągle tu jeszcze trwasz
A ja tam już płynę
oczy suche na popiół
na proch ten rozwiany
co się kiedyś stało?
Przeniknęłam włosami
w zeschłe losy liście
Bracia jesienni
martwi zapomniani
polećmy na wieczną wędrówkę
tułaczkę bezdrożami
Niebo dla nas zamknięte
my zawsze już poza murami
leżymy długim szeregiem
każdym liściem jesiennym
Nie bierz nas do ręki
zadepcz wzrokiem sennym
zapomnij
***
Kim jestem ja
Splot włosów i oczu
licznych kończyn
ja trzcina Pascala
żywe źródło słów
milcząca
gdy stoję na brzegu
skrzyżowań stu ulic
wśród nóg tupiących
niezadeptana
***
Nieśmiertelny
Człowiek z czapką śniegu
na głowie
w kręgu wiosennych ptaków
wbiegł w podskokach na scenę
piękny zarazem śmieszny
Widownia biła brawo
on stanął na rękach
wypadła mu z kieszeni
nieśmiertelność
I śmiał się do rozpuku
strzelając w szufladki
waszych oczu
i był naprawdę
***
-1997-
Promień
Wyrażam promień słońca
przez dotyk
160 kilometrów stąd
tutaj
moja myśl
to dotyk
bardzo delikatny
więc uważaj
by go nie pominąć
przy codziennym spacerze
ulicami miasta
***
Głos do "Zmiękczania cegły" (Cortazara)
Można nawet trzeba
zacząć mocno żyć
objąć wzrokiem
sąsiadów z dołu
łyżeczkę gazetę i kiosk
Można nawet trzeba
przebić się przez cegłę
przejrzeć i zobaczyć
jak nigdy dotąd
istotę w każdym wnętrzu
Nawet trzeba stanąć
zdziwić się jak dziecko
i zostać tak zawsze
wiernym każdej chwili
zakwitłym odmieńcem
***
Twoja obcość
uderzyła o moją obcość
i już nie jest nic oczywiste
i nie wiem, czy to jeszcze ja
czy to ty już się zaczynasz
nie wiem, czy to moją dłoń
podaję ci na przywitanie
czy zwracam ci
własne twe palce
Jednak nie jesteś mną
i w tym moja nadzieja
że własny kształt tworzysz
choć w części
dotykalny
naszą dłonią zjednoczoną
***
może gdzieś blisko
może niedaleko
obok obok
jesteś
kapłan i prorok
którego ja
rozwiana sylaba
stanę się słowem
słowo proroka
słodki miód na wodę
słowem w twych ustach
zabłysnę
w miodnych ustach
powstanę
ja - nowa treść
wypełnię
twe chłonne usta
już nigdy puste
już nigdy puste
***
Primavera (wiosna)
Wspaniały promieniu słońca
młody Adonisie
bądź pozdrowiony
w drzwiach, do których
zawiodły cię twe wszechchodne nogi
Wejdź, odpocznij
ja nakryję cię czerwoną chustą
przezroczystym jedwabiem
byś zaznał ukojenia
zmysłów uspokojenia
lecz nie zapomnienia
Rozciągnij swą pamięć
rozluźnij sił woli
także dla mnie
Za mną stoją Zmarli
ciągle Będący, nierozsypani
czekają aż
rozpalimy wspólny ogień
by rozgrzać te ich ulotne wargi
aż realny zapach twojej skóry
w moich białych rękach i włosach
błyśnie raz po raz zielenią
***
Przed świtem
Jeszcze noc zasłania świat
przy ziemi zawisł
pas odbitego światła
tam drzewa - czarne cienie
fantasmagoryczni przyjaciele
witają odległe słońca
gdzieś tam
właśnie wstaje świt
***
Słońce w serce
Słońce w serce
a potem w oczy
z jednych w drugie
słońcem zawiało
zakurzyło że aż strach
w czarnych oczach
indiański płomień
kamienne rzeźby
i ja już czerwona
bo słońce
nie wiem, czy to z nieba
czy to z ciebie
Bolivianito
Odemoniona
pół - obłąkana
krok za krokiem
wstępuję na rozgrzaną płytę
by spalić się
spopielić dla ciebie
z wierszem o słońcu
na złotych wargach
***
-1998-
Zataczając się
- ja
z głuszy leśnej
idę do nieba
bez drogowskazów
zwiedzam wszystkie
ślepe uliczki
czekam
aż bezcielesne dłonie
znowu pomogą mi
odnaleźć
kolor mojej duszy
***
Drzewa
Co powiedziałyby mi
drzewa?
Cicho.
Jest zima. One śpią.
Jak drzewa czesałyby
moje włosy?
Gdyby -
Gdyby się pochyliły nade mną.
Skąd wyrastają drzewa?
Z ziemi.
Tak jak ja.
***
Zmierzch.
Koniec dnia.
Czas, gdy ptaki siadają na gałęziach
by wykrzyczeć
całą radość przeżytego dnia.
Ziemia układa się
pagórkami wygodnie
przytula się do traw
paruje jej nagrzany brzuch
zielono - czerwone płomyki
unoszą się w niebo
Gdyby tak można było
dotknąć czegokolwiek.
***
Las
Las użycza swych ścieżek
między drzewami
Niektórym pozwala tylko wejść
cichutko zamykając się przed nimi
Innych wpuszcza w sam środek
swego zielonego serca
okrywając ich wiatrem
Jeśli jesteś dziś zającem
usłyszysz bicie swego serca
szybsze niż soki drzew
***
-1999-
Kocham
odblask słońca na starej szafie
wspomnienie mojej poezji
zastygłe w myśli
Kocham
wciąż nowe wieczory
pełne ognia w aktach podniebnych
w szybujących ekstazach
I kocham
podniebnych znajomych
wydreptujących swe szlaki na Ziemi
jako i niebieskich znajomych
jak niebieskie migdały
I kocham też małą perełkę
siebie
kroplę rosy wśród liści
***
Biały kwiat
W moim sercu
narodził się kwiat
echo
spoza widnokręgu
a jednak drży
białymi płatkami
nie znam nic
bardziej delikatnego
a jednak pełnego mocy
to jest kwiat
moje białe piękno
***
-2000-
Ból
tak
lepiej mi zasnąć
tak lekko
niż iść
ciągnąc ciężar ołowiany
wybuchły raną
to serce -
lepiej zasnąć
jutro będzie lepsze
nowy dzień
nowa ja
nowa szansa dla ciebie
maleńka...
***
Wypieszczona
własną myślą
opieram się o poręcz fotela
wygiętą w dziwną arabeskę
Światło
lśni we wklęsłościach
gładkich jak brzuch
łagodnej tancerki
Ach, gdzie te
szemrające bransolety
na falach jej rąk?
Fotel
ściele się
pomarańczowo
jak owoc dojrzewający
na południowym słońcu
Jego serce
rośnie wiotką rośliną
oplatając mnie ciepło nocą
jak gniazdo
***
Pęd
Będę wichrem
ciepłej ziemi
upajającym sokiem
korzeni drzew
Runę wzwyż
pod szorstką skórą
kory
by wytrysnąć
na zewnątrz
kaskadą liści
***
Niebo dla poetów
W niebie dla poetów
wszystko jest prawdziwe
wszystko ostre
jak odłamki szkła
ocierające się
o ból
W niebie dla poetów
poeta milczy
po potokach słów
które wpuścił kiedyś
w czas
W niebie dla poetów
jest przestrzeń niezmierna
choć bez miejsc
jest dźwięk jak dotyk
jest ruch
W niebie dla poetów
moje serce
wreszcie spokojne
***
Mistyka
jest jak kobieta
obejmująca nogami ziemię
i rozkładająca ramiona
w kontemplacji nieba
w oczekiwaniu
aż Bóg
jak śmierć
rozerwie jej ciało
na światło
***
Przystroiłam się wspaniale
na ceremonię tego świata
nie widział mnie nikt
prócz paru drzew o wschodzie
rozwinęłam więc liście
i zapuściłam korzeń
***
kobieta krzyczy -
nikt dziś jej nie powiedział
że jest szczęśliwa
***
Łamie się świat
Z ran przeziera
nieskończoność
I strach
Ławice strachu
w oceanie nocy
nadgryzają
moją tożsamość
***
krissowi
Raz słowo zabłysło
na brzegu ust
z puchem się wzniosło
w świat obcy wyszło
na trud
Tyś je pochwycił
tyś mnie pochwycił
splątał mnie wkoło
liliową nicią
na kwiaty bzu
I rosnę odtąd
- splątany obłok
z zapachem kwiatów
z poranną rosą
na most ze słów
***
gdzie jesteś
abyś dał mi
swe ucho
i lekki dotyk ust
jak pieszczota
liścia
gdzie jesteś
abym cię mogła
pokochać
i wylać skrzepłą krew
z naszych dusz
w odwiecznym katharsis
aby zakwitło słońce
tysiącem szczęść
na niemym niebie
nad łąkami
gdzie wiatr
bez kresu
gra
***
moje drogi
zarosłe trawą
moja poezja
ciemnoniebieska
nabrzmiała krwią
moje mosty
donikąd
z których łatwiej spaść
niż wznieść się
moje wyrywanie się
poza nakreślone koło
moje słońce
za horyzontem
ciągle za daleko
***
Modlitwa
Przyjmij mnie niebo
w przestrzeń
a zanurz
w ramiona głębokie
od granatu
przetnij mnie
wyostrz okiem
niech stanę naga jak owoc
twojego drzewa
w wiatr zadrży
skręconymi nerwami
jak harfą
wielostrunną
i może
stanę się pieśnią
przyjmij mnie
gdzie dom mój
***
Zanurzać się z Tobą
w ciepłą drogę polną
rozkładać się słońcem na piasku
I drzewem zaszumieć
zaszemrać w Twych włosach
złotym świeżym blaskiem
By znów Cię odnaleźć
pogłaskać po twarzy
przypomnieć, przywołać z daleka
I wiedzieć, że jesteś
słoneczny jak motyl
mój mały wszechświat - poeta
***
Dziś czułość
i mięta
rozwija się
w twoich ramionach
Promyku Słońca
wiązanką utuleń
w gęstym zapachu
ciepłej ziemi
aż nagle
usta twoje
- miękka przystań
obejmują mnie
delikatnie
jak skrzydła motyla
wkraczając
w moją dziedzinę
której jestem strażnikiem
i walczy we mnie
wojownik z kobietą
***
Jesteś tam
gdzie słońce...
Słowo drży
na skraju Twych ust
łagodne
jak wiatr
pieszczący wieczorną łąkę
Przemykasz
wśród traw
i jeżyn
zapatrzony w żurawie
na odległym niebie
Falujesz
wraz z ziemią
miękko
A nocą
biegnę do Ciebie
księżycowym szlakiem
przez ostre powietrze
ciszy
by zakwitnąć
przy Tobie
jasnym kwiatem
pomarańczy
***
Zagubione słowo
- poezja
zapomniany świat
i znowu cytryna
kołysze się na tafli herbaty
jak zawsze
i cienie wieczorne
znów grzeją się
przy blasku lampki
przywołując
wieczność
Ach, wciąż
to uporczywe wrażenie
że spałam przez kilka ostatnich miesięcy
i jestem na krawędzi
przebudzenia
nie mogąc zdecydować się
na ostateczny krok
***
-end-
By Conchita